Jego droga z maty na scenę stand-up. Maciej „Lobo” Linke

Łukasz Czerwiński
Łukasz Czerwiński
Maciej „Lobo” Linke
Maciej „Lobo” Linke Magdalena Bednarek
Od najmłodszych lat trenował sporty walki z dwójką starszych braci. Wraz z bratem Mariuszem jest pionierem brazylijskiego jiu – jitsu w Polsce, a dziś bawi publiczność w całym kraju na scenie stand up. Szczecinianin, Maciej Linke podzielił się z nami ciekawostkami ze swojego życia i opowiedział o wyjątkowej drodze, jaka zaprowadziła go z maty na scenę.

Na początek cofnijmy się w czasie. Wielu chłopców marzy, żeby być piłkarzem, strażakiem albo policjantem. Co spowodowało, że Ty postawiłeś na sztuki walki?

Tak naprawdę, decyzja została podjęta za mnie, jeszcze dziesięć lat przed tym jak zacząłem trenować. Moi dwaj starsi bracia już trenowali judo w klubie Arkonia Szczecin. Nasza mama uważała, że jej synowie muszą umieć się obronić i przede wszystkim obronić później swoją dziewczynę. Zawsze nam mówiła, że sukcesy sportowe nie są najważniejsze, ale musimy umieć się bronić w różnych sytuacjach. Mieliśmy od niej przykaz trenowania do osiemnastych urodzin. Mój średni brat, mimo że był w kadrze Polski i mógł się dalej rozwijać, po osiemnastych urodzinach postanowił z tym skończyć. Nasz tata był piłkarzem, trenował w juniorach Pogoni Szczecin, później grał w niższych klasach rozgrywkowych. Zapalony piłkarz, a jednak nie pociągnął nas do tego sportu. Ja do 16 roku życia w ogóle nie umiałem grać w piłkę.

ZOBACZ TEŻ:

Teraz sztuki walki mają szeroki kanon specjalizacji. Skąd więc wybór judo, a później brazylijskiego jiu - jitsu?

W tamtych czasach nie było jeszcze tak wielu specjalizacji w sztukach walki. Ja zaczynałem trenować w 1986 roku, a moi bracia jeszcze dziesięć lat wcześniej. Nie było takiego wyboru jak teraz. W kinach pojawił się Bruce Lee i nikt nie patrzył na to, czy to judo czy karate. Miałeś kimono i to Ci wystarczało.

Zdobywałeś medale na mistrzostwach Europy, walczyłeś na turniejach w Ameryce. Zebrałeś wiele cenny doświadczeń, jak więc ocenisz swoją karierę w sportach walki?

Zacznijmy od początku. Jeśli chodzi o judo, to na tamte czasy byłem dosyć średni. Co prawda, otarłem się o kadrę narodową na szczeblach juniorskich, ale zabrakło trochę szczęścia. Do tego zadziałały zewnętrzne czynniki, ale nie ma co się usprawiedliwiać… Moim marzeniem był udział w Igrzyskach Olimpijskich, lecz do tego nie doszło. Gdy miałem 16 lat doszedłem do wniosku, że bez sensu jest jeździć na zawody, a był to czas kiedy naprawdę mocno przegrywałem. Próbowałem więc sił w podnoszeniu ciężarów, grałem amatorsko w koszykówkę, próbowałem kendo, czyli japońskiej sztuki walki na miecze, aż w pewnym momencie mój brat odkrył brazylijskie jiu - jitsu.

To były dopiero początki tej dyscypliny w Polsce. Jak zacząłem trenować brazylijskie jiu - jitsu, to wzorowałem się na technikach z książek Bruce`a Lee. Zastanawiałem się, jakie elementy mogę dodać do mojej gry judo, żeby zrobić z niej bardziej brazylisjkie jiu - jitsu. To były zupełnie inne realia niż teraz. Mój brat jako pierwszy trenował tą dyscyplinę i jakoś po pół roku namówił mnie do wyjazdu na zawody. Wyobraź sobie, że przez pięć lat przegrywałem wszystko, co można było przegrać. Kiedyś zrobię o tym stand up. Uważałem, że nigdy nie będę w tym dobry, bo to nie jest to, co chciałbym robić. Pojechałem na zawody do Szwecji mając za cel wygranie chociaż jednej walki, jednak znów się nie udało. Pomyślałem sobie, że tak dłużej być nie może i muszę wygrać chociaż jedną walkę. Jeden z zawodników, który miał jechać na mistrzostwa Europy skręcił kostkę i mój brat zaproponował żeby zabrać mnie. I takim zrządzeniem losu, bez specjalnego przygotowania, pojechałem i wygrałem pierwszą walkę. Coś się we mnie odblokowało, a ostatecznie zdobyłem brązowy medal. Tak rozwijając się od zawodów do zawodów stwierdziłem, że już nie jestem judoką tylko zawodnikiem brazylijskiego jiu -jitsu. Zrozumiałem o co w tym sporcie chodzi i go pokochałem. Myślę, że niczego tak w życiu nie rozumiałem, jak brazylijskiego jiu - jitsu.

Można powiedzieć, że Twój brat i Ty byliście prekursorami brazylijskiego jiu - jitsu nie tylko Szczecinie, ale w całej Polsce.

Mariusz osiągnął czarny pas jako pierwszy w Polsce, a nawet w Europie Wschodniej. Ja nominację na czarny pas otrzymałem jako piąty zawodnik w kraju. Myślę więc, że można tak o nas mówić. To jest miłe, bo tak naprawdę w codziennym pędzie o tym zapominam i właśnie przy okazji takiej rozmowy, ta świadomość powraca. Zdarzają się takie śmieszne sytuacje, że podczas zawodów gdzieś w Polsce, zawodnicy trenujący w mojej szkółce mnie nie rozpoznają. Mijam gościa, który ma dres z moim nazwiskiem, ale tak naprawdę mnie nie poznaje. Wtedy dostrzegam jak wiele zrobiliśmy i uważam, że spokojnie można nas nazywać pionierami brazylijskiego jiu - jitsu. Mojego brata można nawet nazwać pionierem MMA, bo choć trwa kłótnia o miesiące, to wydaje nam się, że to on stoczył pierwszą walkę MMA w Polsce. Natomiast ja mogę być w dziesiątce pierwszych zawodników w kraju, jeśli chodzi o formułę MMA. Ale szczerze mówiąc, nigdy tego dokładnie nie sprawdzałem.

Skoro nawiązałeś już do formuły MMA, to skąd u was pomysł na kolejną zmianę gatunku sztuk walki? Przecież MMA było wtedy czymś nowym.

Tutaj należy zaznaczyć, że brazylijskie jiu - jitsu stało się popularne dlatego, że Royce Gracie wygrał UFC 1. Na takich mega pirackich taśmach, nagranie walki trafiło do Polski. My na początku myśleliśmy, że to jest judoka, bo nie było tam polskiego komentarza, a brazylijskie jiu - jitsu dla nas jeszcze nie istniało. Dopiero, gdy zaczęliśmy trenować brazylijskie jiu – jitsu, to zrozumieliśmy, że to był przedstawiciel właśnie tej sztuki walki. Gdy wyjechaliśmy do Brazylii, to zauważyliśmy, że brazylijskie jiu – jitsu jest związane z MMA. Wtedy nie był to oddzielny sport, który się trenowało. MMA było sposobem na sprawdzenie, czy brazylijskie jiu – jitsu działa przeciwko innej technice walki.

Teraz MMA kojarzy się z wielkimi galami w halach sportowych, a my swoje pierwsze walki toczyliśmy na dyskotece w klubie Soho. Przed imprezą była rozkładana klatka, publika nie siedziała na krzesłach, tylko praktycznie wisiała na klatce. Mimo, że to były walki sportowe na określonych zasadach, to wyglądały jak podziemne pojedynki w filmach akcji.

Kiedy stoczyłeś swoją pierwszą walkę w MMA?

Moja pierwsza walka zrodziła się w sytuacji, w której potrzebowałem na czesne, żeby opłacić studia. Wiedziałem, że nie zdążę już zarobić tych pieniędzy i pojawiła się możliwość walki w klubie Soho. Okazało się, że za sumę jakiej dokładnie potrzebowałem na czesne. Później traktowałem MMA bardziej jako formę sprawdzenia się, bo nie szło zarobić na tych walkach poważniejszych pieniędzy. Musiałem zrobić sobie przerwę ze względu na zdrowie i wróciłem do walki w wieku 33 lat. Powiedziałem sobie, że to moja ostatnia szansa, bo pomału zbliża się koniec sportowej kariery. Udało się stoczyć kilka walk. Między innymi dwa pojedynki odbyłem w Stanach Zjednoczonych i muszę przyznać, że była to bardzo fajna przygoda. Później walczyłem również w Szkocji i tam zdobyłem pas, którego już nikt mi nie odebrał. Jako ciekawostkę powiem, że cztery ostatnie walki stoczyłem bez zadania ciosu przeciwnikowi. Wygrałem te pojedynki przy zastosowaniu wyłącznie brazylijskiego jiu – jitsu.

Na swoją ostatnią walkę zaprosiłem do narożnika mojego przyjaciela Jakuba Ćwieka, który jest pisarzem. Wychodząc z klatki, to jemu pierwszemu powiedziałem, że widział moją ostatnią walkę. Tak naprawdę, to była decyzja podjęta pod wpływem chwili. Bardzo mocno odchorowałem zbijanie wagi. Mało kto zdaje sobie z tego sprawę, ale do walki trzeba zgubić kilkanaście kilogramów.

Można powiedzieć, że razem z bratem Mariuszem stworzyliście podwaliny pod aktualną popularność sportów walki w Szczecinie.
Jesteście współzałożycielami klubu Berserker's Team, a teraz macie swoją własną szkółkę.

Teraz oficjalnie działamy pod nazwą Linke Gold Team. Na pewno mamy w tym swój udział, ale trzeba przyznać, że w Szczecinie jest bardzo dużo twardych ludzi. Cofając się historycznie do czasów powojennych, ludzie przyjeżdżający do Szczecina musieli być bardzo odważni. Jeśli się dobrze przyjrzymy, to jesteśmy specyficzni, inni niż cała reszta Polski.

Czy wychowankowie waszej szkółki idą w wasze ślady i osiągają pierwsze sukcesy?

Tak naprawdę mamy wielu wychowanków. Ja sam jestem trenerem już ponad 20 lat. Trzeba sobie najpierw zadać pytanie: czym jest sukces? Mamy zawodników, którzy naprawdę bardzo ciężko pracują, ale jestem na tyle świadomym człowiekiem i mówię im szczerze, że w MMA kariery nie zrobią. Radzę wtedy zaangażować się w naukę, znaleźć swoją drogę w życiu, a na macie możemy powalczyć amatorsko. Dla mnie jako trenera, sukcesem jest fakt, że moi zawodnicy wciąż gdzieś trenują, jednak osiągają sukcesy na różnych płaszczyznach, niekoniecznie w sporcie, ale dzięki niemu.

Dla przykładu opowiem historię mojego serdecznego przyjaciela Pawła Kaczyńskiego, który ma swoją szkołę w Warszawie. Oprócz tego rozwija firmę cateringową, ma już takie doświadczenie w biznesie, że czasami nie rozumiem nawet jego branżowej gadki. W pewnym momencie ciężko zachorował na raka i miał przed sobą bardzo trudną chemioterapię. Odbyliśmy wtedy jedną wzruszającą rozmowę i powiedziałem mu: „Stary, a może my właśnie po to trenowaliśmy brazylijskie jiu – jitsu przez tyle lat, żebyś teraz się nie złamał”. No i nie dał się pokonać.

Dlatego ważne jest, co odbieramy jako sukces. Wychować mistrza świata? Pewnie, byłoby fajnie. Ale jak widzę, że pełen kompleksów nastolatek przychodzi do nas na matę, a po roku zmienia swoje podejście i nawiązuje kontakt z grupą, to myślę, że to jest czasami lepsze niż jeden mistrz świata.

A jeżeli już mówimy o sportowych sukcesach, to czekam na mojego bratanka i chrześniaka, Mariusza juniora. Chłopak ma taki talent, że jeżeli dopisze mu zdrowie, to zakryje czapką osiągnięcia mojego brata i moje.

Wychodzi na to, że jesteś nie tylko trenerem sportów walki, ale też nauczycielem i mentorem życiowym dla swoich podopiecznych.

Myślę, że mam bogate doświadczenia życiowe, ale późniejszy wybór tego co zrobią, należy już do nich. Czy będą trenować u mnie, czy może zmienią szkołę, to ich sprawa. Każdy ma swoje życie i dokonuje swoich wyborów. Może kiedyś mnie wspomną i stwierdzą, że ten gość jednak coś wniósł w moje życie. Tak naprawdę, z perspektywy czasu, też nie dostrzegamy wielu ludzi, którzy wpływają na nasze życie.

W tym momencie wspomnę moją polonistkę z liceum, która wtedy wydawała mi się najgorszym koszmarem. Wywierała na wszystkich ogromną presję do tego stopnia, że nawet potrafiła mi się przyśnić w wieku trzydziestu lat. Wbiła mi do głowy, że idąc do teatru mężczyzna musi ubierać koszulę, ponieważ tak wypada. Do tej pory mi zostało w głowie i jak idę do teatru, to ubieram koszulę, chociaż wiem, że ona mieszka w Warszawie i mnie nie zobaczy.

Dopiero po trzydziestce zacząłem rozumieć, że Ci najgorsi dla nas nauczyciele, tak naprawdę mogli mieć nas w nosie, a poświęcali swój czas, także ten pozalekcyjny. Ja nie lubiłem czytać książek i rzeczywiście pani profesor zmuszała mnie do tego. Mój brat podpowiedział mi, że skoro już czytam książki, to żebym poczytał fantastykę. Odkryłem ten gatunek literatury i dzięki temu pojechałem kiedyś na spotkanie z pisarzem Jakubem Ćwiekiem, po autograf. Jakub rozpoznał mnie jako sportowca, zamieniliśmy kilka słów i staliśmy się przyjaciółmi. To właśnie on wciągnął mnie w stand up. Idąc tą drogą, gdyby moja profesor nie zmusiła mnie do czytania książek, to nigdy nie poznałbym Jakuba, nie stanął na scenie i nie zajął się tym co robię teraz. Podsumowując, sukcesem jest to, że czynimy ludzi bardziej wartościowymi, bo jeśli dostajemy coś od kogoś, to warto się tym podzielić.

Zacząłeś właśnie temat stand up, więc powiedz jak to się stało, że wojownik z maty przeniósł się na scenę i teraz bawi ludzi swoimi historiami?

To jest mega zabawna opowieść. Pisarz Jakub Ćwiek poznał mnie z kabareciarzem Michałem Pałubskim. Obu pomagałem zmienić swoją sylwetkę, odchudzić się i nauczyć trochę sportu. W pewnym momencie oni spotkali się na imprezie, sporo wtedy wypili i zaczęli rozmawiać, że obaj marzyli o tym, żeby zrobić stand up. Taki odważny, bez tematów tabu, w którym będą mogli przekazać ludziom swoje przemyślenia w zabawny sposób. Stwierdzili jednak, że na widowni mogą trafić się ludzie, którym nie spodobają się ich poglądy i zostaną siłą ściągnięci ze sceny. Wtedy doszli do wniosku, że po przedstawieniu mogą się bić, ale zawsze chcieliby mieć możliwość skończenia występu. O trzeciej w nocy zadzwonili do mnie z propozycją, żebym został ich ochroniarzem.

Odebrałem telefon, bo myślałem, że coś się stało. My dużo z Jakubem piszemy, ale rzadko do mnie dzwoni, więc ja przerażony, a on mi bełkocze, że robią z Michałem stand up i potrzebują ochroniarza. Uznałem, że żartują, więc mówię spoko, tylko powiedzcie o co z tym chodzi, bo nigdy nie oglądałem. Oni mi tłumaczą, że wychodzisz z mikrofonem i opowiadasz żarty. Ja całe życie żartuje na sali, to powiedziałem im, że jak mi też dadzą mikrofon, to pojadę z nimi. Zgodzili się…

Rano zadzwonili ponownie i powiedzieli mi, że za miesiąc jest impreza open mic, w której amatorzy mogą wejść na scenę i dostają sześć minut na zaprezentowanie, więc za miesiąc widzimy się w Krakowie. Obejrzałem sobie fragment występu Lotka i później długo nie oglądałem już nic innego, bo stwierdziłem, że nie będę się na nikim wzorował. Uznałem, że to nie jest takie trudne, więc postanowiłem spróbować i pojechałem do Krakowa. Kiedy pierwszy raz stanąłem na scenie, to wiele rzeczy bardzo mnie zaskoczyło. Zauważyłem wiele podobieństw do walki i poczułem, że chcę się bardziej zaangażować.

ZOBACZ TEŻ:

W czym widzisz podobieństwa między sceną a ringiem?

Zawsze wychodzę do muzyki, zawsze są światła skierowane na mnie. Dodatkowo, każda publiczność jest inna i nawet jeżeli masz mega sprawdzone żarty, to występ może nie pójść po Twojej myśli. W trakcie występu są czynniki zmienne, jak w trakcie walki, ale także występują schematy. Tak jak wcześniej wspomniałem, że niczego tak nie rozumiem jak brazylijskiego jiu – jitsu, bo odkryłem, że to są schematy. Gdybym miał kartkę, to byłbym w stanie rozrysować moje brazylijskie jiu – jitsu. Uważam, że stan up jest taki sam, występują w nim schematy zachowań i trzeba je dokładnie obserwować i zapamiętywać. To jak podczas nauki sztuk walki, zrób ruch ręką w prawo i zobacz co się wydarzy, później znów zrób taki ruch i zobacz czy sytuacja się powtórzy. Jeśli tak się dzieje, to zakładamy, że za każdym razem tak będzie, gdy wykonamy tą czynność. W stand up jest podobnie, jedno zdanie możesz wypowiedzieć na wiele sposobów i obserwować, który bawi skuteczniej. Możesz mieć swoje nawyki, które uratują Cię w trudnej sytuacji. Raz w miesiącu robię stand up w Szczecinie i miałem taką sytuację, że odkryłem jeden gest, który w trudnych tematach nagle wszystkich rozbawia.

Na scenie stand up zaczynałeś swoją przygodę z Michałem i Jakubem, ale teraz prezentujesz już swój autorski program?

Stand up zabiera tak wiele czasu, że jeżeli ma się dzieci, rodzinę i zobowiązania finansowe, to musi Ci przynosić określony zysk. Żeby przyniosło dochody, trzeba przeliczyć bilety na koszty itd. Wspólnie stwierdziliśmy, że różnica finansowa między występami w dwóch, a występami w trzech, jest żadna. Generujemy taką samą widownię, niezależnie w jakim składzie osobowym gramy. Dlatego zapadła decyzja, że będę jeździł z Jakubem, bo Michał jako była gwiazda kabaretu, sam potrafi zapełnić widownię na taką skalę, na jaką nam się udaje we dwójkę.

Jakub jest poczytnym pisarzem, to też jest jego praca, na którą musi poświęcić wiele czasu. Ostatnio doszliśmy do wniosku, że może pozwolić sobie na osiem występów w miesiącu, żeby nie ulec przemęczeniu. Ja natomiast bardzo chcę postawić na stand up, dogadałem się z moim bratem Mariuszem, że on odciąży mnie w klubie, żebym zajmował się tylko zajęciami, które są wyłącznie na mojej głowie. Dostosowałem sobie wszystko i chcę przez szesnaście dni w miesiącu być w trasie. Jakub nie może sobie na to pozwolić, a ja żeby nie palić mu miejsc, występuję z autorskim programem. O ile do Warszawy czy Krakowa możesz wrócić z tym samym programem, to w mniejszej miejscowości już nie przejdzie.

Powiedz jak Ty to robisz? Stand up, klub, treningi, rodzina, skąd wziąć na to wszystko czas?

Uważam, że trzeba być skupionym człowiekiem. W ostatni weekend byłem w Warszawie i widziałem się z Pawłem Kaczyńskim, o którym już wcześniej wspomniałem. Stwierdziliśmy, że mamy tak mało czasu, więc nie warto go marnować na rzeczy, które niewiele wnoszą do naszego życia. Ja nie mówię, że trzeba od razu być pracoholikiem, ale to jest trochę wpisane w moją rodzinę. Mój brat Mariusz jest tytanem pracy. Czasami żona mu mówi, że za ciężko trenuje, żeby sobie zrobił wolne, to on mówi: dobrze kochanie, a jak żona wychodzi do pracy, cichaczem pojeździ sobie na rowerku stacjonarnym albo zrobi dziesięć pompek przed snem, bo po prostu musi. Może go teraz sprzedaje, ale jest szansa, że tego nie przeczytają (śmiech).

Mój średni brat Mirosław natomiast mocno siedzi w branży nieruchomości i był taki moment, że kiedykolwiek się do niego odezwałem, o różnych porach dnia i nocy, on nigdy nie spał. Także pracoholizm jest w naszej krwi, ale wyobraź sobie, że znajduje czas na Play Station. Moja narzeczona się wtedy na mnie wkurza, ale staram się chociaż godzinkę czy dwie w tygodniu, zrobić ze znajomymi jakiś napad na bank w GTA.

Jak to się stało, że trafiłeś do programu Ninja Warrior Polska?

To nie był mój pomysł, tylko trafił do mnie z zewnątrz. Cały czas szukam okazji do zwiększenia swojej rozpoznawalności. Znów musimy wrócić do tematu stand up, na który składa się wiele czynników jak filmiki promocyjne i plakaty. W tym wszystkim brakuje mi tej rozpoznawalności, gdzieś bardziej w głębi kraju. Żeby osiągnąć sukces potrzebuję widowni, to nie jest jak w jiu – jitsu, gdzie po prostu jadę sobie na zawody i w sumie nie ma znaczenia ile ludzi na mnie patrzy. W stand up publiczność jest niezbędnym elementem widowiska, bo ten sam program powiedziany dla 10 osób, nie będzie miał takiego odbioru jak dla 100 osób. Im więcej ludzi siedzi na widowni tym łatwiej jest bawić. Dużo zależy też od lokalu, im ciaśniejszy lokal wypełniony ludźmi, tym łatwiej o fajny występ.

Wracając do pytania, potrzebuje rozpoznawalności, więc szukam miejsc pasujących do mojego wizerunku, gdzie mógłbym się zaprezentować. Pewnie odnalazł bym się w Love Island, bo jestem takim wariatem, ale nie wiem czy chciałbym tam być.

Narzeczona pewnie nie byłaby zadowolona. (śmiech)

Ona nie ogląda takich rzeczy, więc może by przeoczyła. Powiedziałbym, że jestem w trasie. (śmiech).
Tak na serio nie neguje członków tego programu, ale ja tam raczej bym sobie bardziej zaszkodził niż pomógł. Producentka Ninja Warrior zadzwoniła do Michała Pałubskiego, że jest możliwość wystąpienia w programie. Szczerze mówić nie zastanawialiśmy się nawet chwili. Plusem było, że nie musiałem przechodzić castingu, a także nie było żadnej presji. Po drodze w samochodzie oglądałem poszczególne programy i trafiłem na amerykańską edycję. Tam celebryci, którzy brali udział w programie po prostu dobrze się bawili. W tym programie są ludzie, którzy przygotowują się nawet rok i im nie wychodzi. Jeśli trzy tygodnie przed programem dostajesz telefon, że możesz wziąć udział, to co możesz zrobić? Chcieliśmy po prostu jak najlepiej zaprezentować siebie. Myślę, że było kilka zabawniejszych tekstów, które ostatecznie nie zostały wyemitowane, ale wydaje mi się, że i tak było zabawnie.

Żarty żartami, ale powiedz jakie miałeś myśli w głowie, kiedy już stanąłeś przed wyzwaniem pokonania toru?

Kiedy działo się to całe zamieszanie na zapleczu, jakieś wywiady, rozmowy, to byłem strasznie spięty. Taki poważny sportowiec, a nie chciałem się tak zaprezentować. Już w momencie wejścia na tor, kiedy zaczęliśmy sobie żartować, odblokowałem się. To nigdy nie jest tak, że my całkowicie improwizujemy. Większość żartów mieliśmy przegadane i szykowaliśmy się na różne ewentualności. Jak prowadząca powie nam tak, to my odpowiemy to i to itd.

Przyznam szczerze, że motyw na szybko na wolno, miał być motywem Michała. Miał się mnie zapytać przy grzybkach jak ma przebiec, a ja miałem odpowiedzieć, że na szybko. Okazało się, że Michał wpadł do wody w zasadzie na pierwszym kroku, co w sumie też wyszło zabawnie.

Ja obawiałem się wbiegnięcia pod ścianę, bo mam pewne problemy z plecami. Praktycznie każdą inną przeszkodę kończy się w wodzie, więc trzeba mieć wyjątkowego pecha żeby coś sobie zrobić. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że oprócz dobrego przygotowania, bardzo ważnym elementem są odpowiednie buty. Myślę, że Michał też spadł do wody z powodu nieodpowiedniego obuwia.

Kiedy on upadł, to zacząłem się lekko stresować. Myślałem sobie, że jak Michał spadł z pierwszego stopnia i mnie spotka to samo, pewnie nas nie pokażą. Będziemy tylko krótkim urywkiem całego programu. Analizując ten tor, grzybki były najlepszym miejscem, żeby upaść efektownie.

Zdecydujesz się na kolejny udział w programie? Jeśli tak, to nad czym będziesz musiał popracować?

Bałem się konkurencji, w której będę musiał chwytać coś w ręce, czyli np. linę. Teraz po udziale w programie uważam, że akurat to będzie dla mnie łatwe. Jeżeli rzeczywiście pójdę do kolejnej edycji, konkurencja przeskakiwania drążkiem na kolejne stopnie jest wyjątkowo trudna i właśnie tego musiałbym się nauczyć. Cała reszta jest głównie walką ze stresem. Widząc tych wszystkich uczestników, którzy naprawdę byli przygotowani do tego programu uważam, że gdybyśmy zgasili kamery i wyprosili publiczność, to większość z nich by ten tor przeszła. Oni wszyscy podchodzili do tego programu, jak do walki o pas mistrza świata. Widziałem ich emocje, gdy upadali i naprawdę zasługują na szacunek i podziw.

Można powiedzieć, że zabrakło im doświadczenia w występach przed publicznością, które jest akurat Twoim atutem.

Powiem tak. Jest jeszcze jedna rzecz, której nauczyło mnie brazylijskie jiu – jitsu, co w sumie zabrało mi trochę radości z walki na macie. Może to będzie fajną puentą. Obojętnie co robicie, to nie ma znaczenia. Dlaczego? Ponieważ nas często hamuje myśl: co ludzie powiedzą? Cokolwiek robisz, lub chcesz zrobić, to tak naprawdę tylko Tobie powinno na tym zależeć. Bliscy Ci ludzie zawsze będą wspierać i kibicować, nawet jeśli przegrasz. Ludzie, którzy życzą Ci źle, nie zmienią nastawienia nawet jak osiągniesz sukces. Dlatego powinniśmy po prostu robić wszystko najlepiej jak potrafimy i nie przejmować się tym, co mówią inni.

Idealne zakończenie. Dziękuję za rozmowę.

ZOBACZ TEŻ:

Bon na kulturę. Do wydania 400 euro!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie