Filip Cembala, szczeciński (i nie tylko!) aktor debiutuje z autorską twórczością muzyczną

Anna Brüske-Szypowska
Anna Brüske-Szypowska
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
Filip Cembala to nie tylko aktor, twórca #lowizmu i poetyckich profili na Instagramie i Facebooku Słowo się mną bawi. To człowiek szczęśliwy, który właśnie spełnia swoje marzenia i debiutuje z autorską twórczością muzyczną, a my zaglądamy za jej kulisy!

We wrześniu na Twoich profilach w social mediach spadły KomeTY, a to tylko przedsmak tego co szykujesz.

- Tak. Singiel KomeTY i dwa kolejne to takie „czekadełka” przed wydaniem Tryptyku. Czyli dużego autorskiego projektu muzycznego, nad którym pracuję. Bardzo chciałem już dać coś ludziom, którzy mnie wspierają. Jestem im ogromnie za to wdzięczny.

Czyli na razie serwujesz nam taki muzyczny aperitif?

- Tak.

To możesz opiszesz to „menu degustacyjne”?

- To połączenie teraźniejszości z przeszłością. Dwa utwory powstały całe lata temu. Znajduję w nich młodszego siebie, przeżywającego emocje, które dziś mogą dotyczyć również innych. Z kolei KomeTY mówią o wewnętrznym krytyku, którego przez długi czas nosiłem w sobie, a teraz wskazuję mu miejsce spoczynku.

A co będzie w daniu głównym, czyli w Tryptyku?

- Trzy zaangażowane społecznie utwory, ubrane w teledyski. Chciałbym, żeby całość wyszła w tym roku, ale nie jest to zależne tylko ode mnie. Jeden singiel na pewno usłyszymy jeszcze w 2021.

Nie ciągnęło cię do talent show? Mówi się, że takie programy przyspieszają karierę i dają artystom większe zasięgi.

- Otrzymałem zaproszenia do dwóch produkcji, ale gdy debiutuje się w wieku 35 lat, to nie ma czasu do stracenia. Nie pozostawiam sobie miejsca na artystyczne kompromisy, a takimi często stoi współpraca z talent show. Szanuję ludzi, którzy się na nie decydują, ale to układ „coś za coś”. Ja dreptam swoją ścieżką i mam nadzieję, że też dodreptam do celu (uśmiech).

Ale w Szczecinie już wcale tak nie dreptasz! Czy to oznacza, że możesz zniknąć z obsady „Koguta w rosole”?

- W Szczecinie gram ciągle w wielu spektaklach i nieprędko z nich zniknę, a w „Kogucie” z przyjemnością dzielę rolę z Kubą Sokołowskim, który grał ją na deskach innego teatru. Dzięki temu mogę zgrać terminy spektakli w innych miastach. To szczęście, że dyrektor Opatowicz ze zrozumieniem podchodzi do mojej i nie tylko mojej potrzeby artystycznego „wietrzenia się” i poszukiwania energii w innych miejscach.

I gdzie znajdujesz tę energię?

- M.in. w warszawskiej Syrenie („Rock of Ages”) i w gdyńskim Teatrze Muzycznym („Gorączka sobotniej nocy”). Ale nie chcę się zamykać tylko w formule musicalowej. Mimo że to nurt, z którego się wywodzę, to chętnie zagrałbym w wielowarstwowym, współczesnym dramacie, który prowokowałby do refleksji i rozmowy. Śmieję się, że w życiu te pociągi do dramatu raz odjeżdżają ze mną, a raz beze mnie, ale teraz postawiłem na spełnienie pierwszego, największego, wieloletniego marzenia – nagranie swojego materiału i wypowiedź artystyczną bez chowania się za postacią.

Nie obawiasz się, że ta pewność siebie, którą prezentujesz w singlu KomeTY, mimo że ubrana w kulturę osobistą i wrażliwość, może być odebrana jako brak dystansu?

- A to mnie zaskoczyłaś! Bo ja na tę pewność siebie i samoświadomość ciężko pracowałem. Jeżeli ktoś tak pomyśli, to pójdzie na skróty, bo ja ten utwór dedykuję nam wszystkim. To, o czym mówię w Kometach, jest najuczciwsze, jak tylko potrafię. Daję to, co w tej chwili jest we mnie najlepsze, jednocześnie godząc się z tym i rozumiejąc, że ktoś może uznać, iż to nie jest dla niego. I wtedy, jak to mawiał mój wspaniały przyjaciel Jacek Polaczek, „nie zrymujemy się”, ale to też jest spoko.

Stresujesz się odbiorem słuchaczy?

- No jasne! Mam w sobie dużo obaw, ale pomyślałem, że skoro sięgam po swoje największe marzenie to albo uczciwie i odważnie, albo wcale.

Mimo że rozczarowania są nieodzowne?

- Ba! Przez ostatnie kilka lat byłem na około 20 castingach, z 15 z nich odpadłem w ostatnim etapie i musiałem sobie z tym rozczarowaniem poradzić. Tylko 5 wygrałem. Z natury jestem człowiekiem utkanym z wątpliwości. Dopiero od niedawna obserwuję rynek muzyczny bez porównywania się i oceniania. Wiem, że niektórzy są znacznie dalej na tej ścieżce, ale to nic.

Nie ma w Tobie zazdrości?

- Zazdrość jest inspirująca, to zawiść jest zła.

Na ile więc Twój materiał jest stworzony dla słuchacza, a na ile dla ciebie? W teatrze aktor jest dla widza, a w przypadku muzyki ta relacja może się różnie rozkładać.

- Mam w sobie wewnętrzny bunt na uproduktowienie aktorów, choć rozumiem ten punkt widzenia. Ale myślę o zawodzie bardziej romantycznie. Wierzę, że dla wielu aktorów ich zawód jest misją. Ale dla mnie to za mało. Zacząłem pisać teksty do Tryptyku w pandemii i było to terapeutyczne. Pokazałem je przyjacielowi i usłyszałem, że są bardzo osobiste, a jednocześnie uniwersalne. Więc tworzę muzykę i piszę teksty dla siebie, jednocześnie mając nadzieję, że mogą przynieść słuchaczom rodzaj ulgi. I tutaj być może pierwszy raz w życiu ocieram się o tę misyjność.

Stworzony przez ciebie hasztag #lowizm również jest pokłosiem pandemii?

- #Lowizm powstał już przeszło 4 lata temu. Sprowokował mnie do tego zalew hejtu, z jakim zderzyłem się w internecie. A że pewien konkretny komentarz, na który się natknąłem, miał dla mnie osobisty wymiar, to postanowiłem znaleźć przeciwwagę. Nie spodziewałem się, że ludzie tak żywo i pięknie na niego zareagują.

Sprawdziłam, na Instagramie są 1052 posty oznaczone tym hasztagiem.

- U podstaw naszego życia leżą naprawdę proste wartości, na które (mam wyrażenie) dziś nie mamy czasu. Ja sam czasem czuję się zmiażdżony przez natłok bodźców i informacji, więc fajnie, gdy w tym codziennym pędzie znajdujemy czas na zwykłą, ludzką życzliwość. Niech prosty gest z głębi serca nie będzie wydarzeniem, tylko normą!

Dla ciebie czas chyba jest z gumy. Ostatnio udało ci się jeszcze podjąć pracę przy postpandemicznym projekcie „Słowo się mną bawi”.

- Jestem fetyszystą słowa. Kiedy mi zamknięto sceny, a oglądanie Netflixa przestało być tak przyjemne, to zacząłem pisać teksty piosenek. Czasem zostawały mi takie krótkie frazy, o których wiedziałem, że nie skleję ich w piosenkę, ale podobały mi się jako osobne byty. Wymyśliłem sobie nawet do tego hasztag #krócizna i #poezjaproząpodszyta.

To co, tomik poezji? Albo wkładka do płyty?

- Jasne, ale to daleka przyszłość. Teraz skupiam się na Tryptyku, który urodzi się do Internetu, potem może przeistoczy się w płytę. Jeżeli ludzie dadzą się zaprosić do mojej twórczości i się z nią „zrymują”, to może wtedy...

A co powiedziałbyś podobnym sobie wrażliwcom, którzy są na początku drogi, czają się z marzeniami? Jak dziś walczyć o siebie?

- Odpowiedź znajduję w twoim pytaniu: dziś. Właśnie dziś. Niech słuchają intuicji, bez racjonalizowania. Czasem naprawdę wystarczy zatrzymać się na chwilę i posłuchać siebie. Wiem, że to wbrew pozorom trudne, bo ten wewnętrzny głos jest cichy, a świat ma rozkręcony regulator, ale warto. Zawsze warto.


Filip Cembala tworzy dla Was na Instagramie i Facebooku, śpiewa tutaj. Szukajcie go też w repertuarze szczecińskiego Teatru Polskiego!

ZOBACZ TEŻ:

Teatr Polski w Szczecinie

Teatr Polski w Szczecinie. Jak idzie rozbudowa? Scena Szeksp...

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie