Piosenki Filipinek nuciła cała Polska. Podobały się rówieśnikom, mamom i babciom.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij

Dziś trudno w to uwierzyć, ale dwa pierwsze single z piosenkami Filipinek sprzedały się w nakładzie 350 tysięcy egzemplarzy. Dzięki dochodom ze sprzedaży płyt Filipinek firma fonograficzna Polskie Nagrania mogła wydać komplet płyt z nagraniem „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza.

Dziewczęta śpiewały w wypełnionych salach Nowego Jorku, Chicago, Moskwy, Kijowa, Rostoku, występowały w Kanadzie i Anglii, a także na transatlantyku „Batory”. Z koncertami zjeździły całą Polskę. Bisy i owacje na stojąco były czymś normalnym, ale nie przewróciły im w głowach. U szczytu popularności ciągle były tymi samymi sympatycznymi, bezpretensjonalnymi dziewczętami.

Co dziś robi słynna siódemka, jak potoczyły się losy szczecińskich Filipinek? Spotkałam się z czwórką z nich i cofnęłyśmy wskazówki zegara wspomnień. Przyznają, że początki nie zapowiadały tak oszałamiającej kariery zespołu. Były wręcz bardzo prozaiczne.

Rok 1960
Dziewczęta są uczennicami szczecińskiego Technikum Handlowego, śpiewają w szkolnym chórze. Szkoła obchodzi 15-lecie istnienia. Aby uczcić jubileusz nauczyciel muzyki Jan Janikowski postanawia utworzyć zespół wokalny. Z chóru wybiera grupkę uczennic o najlepszych głosach. Zaczynają intensywne próby.

Początkowo nie są tym zachwycone, bo mają dodatkowe zajęcia. A profesor jest bardzo wymagający. Gdy one ćwiczą kolejne piosenki, ich koleżanki umawiają się na randki.

- Uroczystości jubileuszowe odbyły się w Domu Kultury Kolejarz – wspomina Elżbieta Klausz. – Nie miałyśmy jeszcze własnego repertuaru, ale zaśpiewałyśmy popularne wówczas piosenki „Batumi”, „Bambino”, „Dzieci Pireusu”, „Praczki z Portugalii”. Pamiętam, że długo nas oklaskiwano.

Rzeczywiście ten pierwszy publiczny występ przeszedł najśmielsze oczekiwania. Piosenki się spodobały. O zespole zrobiło się głośno. Napłynęły zaproszenia do występów w szczecińskich przedsiębiorstwach, jednostkach wojskowych, w szkołach. Z czasem repertuar się powiększał. Słowa nowych piosenek pisał Włodzimierz Patuszyński a muzykę Jan Janikowski. Wiele z nich stało się potem przebojami.

Dziewczęta wzięły udział w Przeglądzie Amatorskich Zespołów we Wrocławiu i zajęły pierwsze miejsce. Niedługo potem wystąpiły w warszawskim telewizyjnym programie Mikrofon dla Wszystkich.

- Wtedy jeszcze nazywałyśmy się Zespół Wokalny Technikum Handlowego w Szczecinie – opowiada Zofia Bogdanowicz– Kasprzak. – Byłyśmy pierwszy raz w Warszawie. Zżerała nas trema i emocje, ale bardzo nam zależało, aby wypaść jak najlepiej. Zaśpiewałyśmy „Ale Maria” najpiękniej na świecie. Potem wykonywałyśmy tę piosenkę wielokrotnie, ale nigdy już nie zabrzmiała tak samo.

Skąd te „Filipinki”
Doceniono ich śpiew, bo od razu posypały się propozycje nagrań i koncertów.

Nazwa Filipinki po raz pierwszy pojawiła się pod koniec 1962 roku. Zaproponował ją profesor Janikowski. „Filipinka” to był w tamtych czasach bardzo popularny dwutygodnik dla dziewcząt. Napisały list do redakcji, a ta zaprosiła je do Warszawy. W siedzibie gazety odbyło się coś w rodzaju chrztu. Zostały oficjalnie Filipinkami. Nazwa wszystkim się spodobała. Były zdjęcia, wywiady, nagrania w radiu, występ w Podwieczorku przy Mikrofonie. Rosła popularność siedmiu dziewcząt, ciągle jeszcze uczennic Technikum Handlowego. Do szkoły przychodziły worki listów. Niektóre były zaadresowane krótko: „Filipinki – Szczecin”.

W roku sześćdziesiątym trzecim w nieistniejącej już „Kaskadzie” odbywał się bal maturalny pod propagandowym hasłem: „W Szczecinie urodzeni – w Szczecinie dojrzali”. Uczestniczyli w nich absolwenci szczecińskich liceów i techników. Tam Filipinki po raz pierwszy zaśpiewały wzruszającą piosenkę „Do widzenia profesorze”. One same maturę zdawały w następnym roku. Bal opisywali dziennikarze, filmowała telewizja i ekipa Polskiej Kroniki Filmowej. Filipinki wyglądały olśniewająco. Koronkowe sukienki uszyła im „Dana”. Ozdabiały je białe kołnierzyki i czarne kokardy. Na głowach miały białe kapelusiki z wywiniętym rondem. „Dana” podobnie jak później „Moda Polska” bardzo chętnie ubierały Filipinki.

- To profesor Janikowski wymyślił, abyśmy na scenie, na koncertach ubierały się jednakowo - przypomina Krysia Sadowska– Nizowicz. – Nam to się podobało, a stroje miałyśmy różne.

Ich tytułową, niemalże kultową piosenką stał się utwór „Filipinki to my”. Od niej rozpoczynały każdy koncert. „Stoi nas w rzędzie zawsze siedem…” – to pierwsze słowa. A refren brzmi tak: „Jedno wspólne imię mamy – Filipinki. Wszystkie tak się nazywamy – Filipinki. Własne imię zaginęło, no to cóż. Mamy wspólne – Filipinki i już”.

Zaczęły podbijać świat
Szwedzki Ystad był pierwszym zagranicznym miastem, w którym zaśpiewały. Zaproszono je tam na otwarcie linii promowej.

- Popłynęłyśmy niemieckim promem ze Stralsundu i zobaczyłyśmy inny, bardziej kolorowy świat – opowiada Iwona Racz-Szczygielska. – Dostałyśmy kieszonkowe i rzuciłyśmy się na zakupy. Każda kupiła sobie bardzo modny wówczas płaszcz ortalionowy.

- A ja żółtą bluzeczkę, w której czułam się jak księżniczka – śmieje się Krysia Sadowiska–Nizowicz.

To był dopiero przedsmak zagranicznych wojaży, które były przed nimi. Któregoś razu występ Filipinek w Warszawie zobaczył amerykański impresario Jan Wojewódka. Tak mu się zespół spodobał, że zaprosił dziewczęta na koncerty do USA.

Popłynęły polskim transatlantykiem „Batory” żegnane w Gdyni przez tłumy wielbicieli. Ich emocje sięgały zenitu. Pierwsza w życiu podróż statkiem, pierwsza za ocean. Z występami płynęli też inni polscy wykonawcy estradowi, ale to one od razu stały się ulubieńcami załogi i pasażerów.

Statek oszołomił je wielkością i elegancją. Załoga nie pozwoliła, by czuły się zagubione, osamotnione. Dziesięć dni rejsu do Montrealu w Kanadzie minęło błyskawicznie. – Najbardziej zapamiętałam bal kapitański – przyznaje Zofia Bogdanowicz–Kasprzak. – To była wielka gala. Wytworne kreacje pań, na stołach homary i płonące lody wnoszone przez kelnerów przy wygaszonych światłach. Cieszyłyśmy się, że będziemy wracać tym statkiem i przeżyjemy to wszystko jeszcze raz.

Artystyczne tournee po Kanadzie i USA trwało sześć tygodni. Śpiewały dla Polonii w Toronto, Chicago, Bostonie, Detroit, Filadelfii, Nowym Jorku. Dziennie dawały po dwa, trzy koncerty, zawsze przy wypełnionych salach i gorąco oklaskiwane. Widziały Niagarę, mieszkały w hotelu nad samym wodospadem. Ale poza Nowym Jorkiem czasu na zwiedzanie miały niewiele. Trasa była długa i wiele godzin spędzały w autokarze.

- Ale pamiętam wrażenie jakie na nas zrobiły wieżowce, ogromne bajecznie kolorowe reklamy, wystawy sklepów i światła – wspomina Iwona Racz-Szczygielska. – Wrażenie tym większe, że Polska w latach 60. była smutnym, szarym krajem.

Zarabiały po 80 dolarów...
...tygodniowo i duma je rozpierała. Gdy jeden z Polonusów usłyszał o takiej stawce, złapał się za głowę. I powiedział, że u nich za taką kwotę to Murzyn nawet by się nie zwlókł z łóżka. Nie przejęły się tym, bo dla nich był to majątek, zważywszy, że w tamtych czasach średnia płaca w Polsce oscylowała w granicach 20 dolarów miesięcznie. Zresztą dla nich nie pieniądze były najważniejsze, a to, że odbywają tak niezwykłą podróż. Podróż, o której ich rówieśnicy mogli co najwyżej marzyć. Wystarczała im sława, sympatia publiczności.

Występy Filipinek tak bardzo się spodobały, że w następnym roku zostały zaproszone na takie samo tournee. Na „Batorym” czuły się jak u siebie. Wtedy płynęła razem z nimi Violetta Villas, ale znowu to one były gwiazdami. Po występach w USA, w drodze powrotnej do kraju wysiadły ze statku w Anglii. I tam przez dwa tygodnie śpiewały dla brytyjskiej Polonii.

Protestują przy określeniu „gwiazdy” i zapewniają, że tak naprawdę jak gwiazdy i księżniczki czuły się tylko w dawnym Związku Radzieckim.

- Niemalże noszono nas na rękach, prowadzono po czerwonych dywanach, nikt nie pozwolił nam dźwigać bagaży – wylicza Elżbieta Klausz. – Nocowałyśmy w najlepszych hotelach. Miałyśmy specjalny program w telewizji.

- A pamiętacie jak starsze kobiety wołały za nami oburzone „wy abiziany” ? – dopytuje Zosia. – Wyzywały nas od małp, bo wyróżniałyśmy się na ulicy. Byłyśmy kolorowo ubrane, nosiłyśmy mini, a to nie wszystkim się podobało. Ale to taki drobny incydent.

W ZSRR były w 1967 roku. Tournee tak jak w USA trwało sześć tygodni, też po dwa, trzy koncerty dziennie. Tylko tu częściej latały samolotami, bo trasa była bardzo rozległa. Od Wilna, Leningradu, Rygi, Tallina po Moskwę, Kijów, Lwów, Mińsk, Kiszyniów, Jarosławiec. Wszędzie były pełne sale, owacje na stojąco i wielokrotne bisy. W każdym koncercie musiały obowiązkowo zaśpiewać: Wala – Twist, Batumi i Ave Maria.

Rok 1967
To był ostatni rok istnienia Filipinek w takim siedmioosobowym składzie. Dziewczęta, a właściwie już młode kobiety postawiły na rodziny, na pracę. Prawie wszystkie, zgodnie z wykształceniem znalazły zatrudnienie w handlu. Wiedziały, że trzeba sobie jakoś ułożyć życie, bo ta przygoda z piosenką nie mogła trwać wiecznie. Do zespołu doszły inne wykonawczynie, zmienił się repertuar, ale to już były zupełnie inne Filipinki. Nie powtórzyły sukcesu poprzedniczek. Zespół definitywnie przestał istnieć w 1973 roku.

Zanim siódemka dziewcząt dokonała własnych życiowych wyborów przeżyły kilka zabawnych sytuacji z wielbicielami i adoratorami. Już w listach, które ciągle nadchodziły do szkoły nie brak było matrymonialnych propozycji. Pojawiały się też one w czasie zagranicznych tourne. Trudno się dziwić, bo Filipinki były młode, ładne, popularne, ale odrzucały te zaloty. W Zosi już w Ystad zakochał się Szwed. Nawet kupił pierścionek z perełką. W Chicago, po występie, do Eli przyszli rodzice pewnego młodzieńca i oświadczyli się w imieniu syna. Mówili, że ma dom, samochód, pieniądze i chce się żenić. Bardzo nalegali. Ela nie wiedząc jak wybrnąć z sytuacji, wypaliła, że jest matką pięciorga dzieci. Poskutkowało.

Cztery mieszkające w Szczecinie Filipinki: Ela, Iwona, Krysia i Zosia utrzymują ze sobą kontakt, regularnie się spotykają . Natomiast cała siódemka po raz pierwszy spotkała się w 1980 roku w czasie jubileuszu 35-lecia Technikum Handlowego. Wtedy Tadeusz Klimowski, znany szczeciński kompozytor i dziennikarz przygotował telewizyjną audycję „Filipinki 20 lat później”. O fenomenie zespołu tak mówi: - Miały słuch, głos i dobrą dykcję. Były ładne, bezpretensjonalne i utalentowane. Śpiewały piosenki o sobie, o dziewczętach takich jak one. To były proste słowa i wpadające w ucho melodie, które nuciła wówczas cała Polska. Ponownie w dawnym filipinkowym składzie spotkały się w roku 1994 w Warszawie w programie „Szansa na sukces”. Z Belgii przyjechała Niki i przegadały całą noc. W rok później spotkały się wszystkie w Szczecinie. Było 50-lecie miasta i wzięły udział w jubileuszowym koncercie w amfiteatrze.

Lubią wracać wspomnieniami do młodzieńczych czasów, do wspaniałej, kolorowej przygody, która trwała zaledwie kilka lat. Była jak bajka, jak piękny sen.

Wiadomości Szczecin, Wydarzenia Szczecin

Komentarze (1)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

bok (gość)

Ile lat ma Szczecin?. "Było 50-lecie miasta "
Serio? Szczecin ma dopiero 50 lat? A wcześniej było kartoflisko?