W rodzinie Piotrowskich rybakiem był dziadek i ojciec. Sentyment do ciężkiej pracy i zła sytuacja finansowa sprawiły, że na jezioro wypłynął i syn.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
Przygoda rodziny Piotrowskich z rybołówstwem rozpoczęła się w połowie lat 40. W trakcie II wojny światowej Józef Piotrowski był przetrzymany wraz z bratem Władysławem w niemieckim obozie. Kiedy w 1945 roku się z niego wydostali, wprowadzili się do Podjuch.

– Dziadek z bratem wynajęli pokój i rozpoczęli pracę przy powojennym odbudowywaniu Szczecina – opowiada wnuk Józefa, Paweł Piotrowski. – Podczas budowy mostu na Regalicy poznali mężczyznę, który zajmował się połowem ryb. Szybko nauczyli się od niego fachu i postanowili, że również stanie się on ich zawodem.

Wkrótce bracia Piotrowscy przenieśli się do Dąbia, gdzie połowy stały się dla nich źródłem utrzymania. Zaczynali od zera.

– Było im bardzo trudno – mówi pan Paweł. –Od jednych pożyczali oprzyrządowanie niezbędne do połowów, od innych załatwiali sieci. Pomogły im również pozostałości po niemieckich rybakach.

Pierwszym nabytkiem była łódź wiosłowa. Kupili ją za ciężko zarobione pieniądze. Korzystali wówczas z bardzo delikatnych, bawełnianych sieci. Raz w miesiącu musieli je wzmacniać poprzez smołowanie i utwardzanie.

– Dla dziadka rybactwo było całym życiem – przyznaje Paweł Piotrowski. – Babcia opowiada, że całe dnie spędzał na wodzie. Nawet siedem dni w tygodniu.

Józef Piotrowski łowił do połowy lat 70. O tym, że doskonale wykonywał swoją pracę, świadczy Order Gryfa Pomorskiego, którym został wyróżniony. Swoją pasję, a zarazem pracę przekazał synowi Stanisławowi, ojcu Pawła. Oprócz dużych umiejętności i miłości do wody dał mu również nowszą, ulepszoną łódź motorową. Początkowo Stanisławowi pomagał w połowach brat ojca, Władysław.

Dla Stanisława Piotrowskiego połowy stały się szybko życiową pasją. Za swoje zaangażowanie został wyróżniony odznaką dla Zasłużonych Ludzi Morza. Jego kariera rybacka trwała do 1999 roku. Przerwał ją nieszczęśliwy wypadek, po którym Stanisław Piotrowski zmarł. Henryk Piechowski, który z nim pływał, przekonał Pawła Piotrowskiego do kontynuowania tradycji rodzinnych. Syn, tak samo jak dziadek i ojciec, łowi na jeziorze Dąbskim i Regalicy.

– Pracowałem wówczas w sklepie komputerowym, gdzie zarabiałem około 900 złotych. Nie była to suma wystarczająca na przeżycie. Ważniejszym jednak powodem był sentyment. Tata rok przed śmiercią zbudował nową łódź. Kupił za ponad 40 tysięcy złotych nowy silnik. Zamontował za 20 tysięcy nowy kadłub. Nie mogłem tego zostawić – mówi młody Piotrowski.

Dzisiaj, choć przekonał się na własnej skórze, jak bardzo wyczerpujący jest to zawód, nie żałuje swojej decyzji. Niemal każdą noc spędza na wodzie. Robi to, by zapewnić godny byt rodzinie. Podgląda go kilkuletni syn Piotruś. Dla niego tata jest bohaterem i dlatego bardzo lubi przebywać z nim na wodzie. Paweł jednak chciałby, żeby Piotruś znalazł sobie inne zajęcie.

– Jest to naprawdę bardzo trudna praca. Wymaga mnóstwo siły i poświęcenia. Na wodzie spędzam całe noce. Sypiam po 3-4 godziny na dobę. Chciałbym żeby Piotruś nie musiał tak się męczyć. Może stać nas będzie na to, by otworzyć jakiś własny interes. Oczywiście związany z rybołówstwem – dodaje rybak.

Wiadomości Szczecin, Wydarzenia Szczecin

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!

Więcej na temat: