Królowa twista Helena Majdaniec

Była piękną kobietą, wysoką brunetką o niebiesko-zielonych oczach, o których prasa francuska pisała, że to „najpiękniejsze oczy Lazurowego Wybrzeża”.

Śpiewała ciepłym, mocnym altem na scenach kilkunastu państw. Była niekwestionowaną królową rosyjskich kabaretów w Paryżu. - Przede wszystkim była wspaniałym człowiekiem przyjaźnie nastawionym do świata i ludzi – mówi Tadeusz Klimowski, dziennikarz, autor tekstów estradowych. – Szczera, otwarta, dla każdego miała dobre słowo, każdemu chciała pomóc. Była profesjonalistką w każdym calu.

1945. Z Wołynia do Szczecina

Prawdę mówiąc to Klimowski ściągnął ją z licealnej ławki u Szczerskiej do Studenckiego Teatrzyku Skrzat. Był rok 1958, Helenka miała siedemnaście lat. Za rok będzie zdawać maturę.

- Gdy na próbie usiadła przy pianinie i zaśpiewała „Monikę”, to nas zamurowało – wspomina Klimowski. – Po prostu była dobra, miała talent i jak się okazało staranne wykształcenie muzyczne. Równolegle z liceum uczyła się w średniej szkole muzycznej w klasie fortepianu.

O muzyczną edukację córki zadbał ojciec Filemon Majdaniec. Rodzina pochodziła z Wołynia. W 1945r. z trójką dzieci przyjechali do Szczecina. Helenka była najmłodsza. Miała zaledwie czternaście lat, gdy zmarła ukochana mama Lidia. Od tamtego czasu rodzeństwu matkowała najstarsza Róża.

Helenka zawsze lubiła śpiewać, interesowała się jazzem, piosenkami, światowymi przebojami. Podziwiała Ellę Fitzgerald, Brendę Lee, Elvisa Presleya. Dzięki ojcu chrzestnemu, który był marynarzem miała bogatą kolekcję płyt. Śpiewała w klubach studenckich Pinokio i Skrzat, w Chórze Politechniki Szczecińskiej.

1962. Przełomowy dla Helenki

To ciekawa data. Wtedy Szczecin był na ustach całej Polski. Podawano go jako przykład miasta najlepiej lansującego polską muzykę młodzieżową. To była zasługa Jacka Nieżychowskiego, szefa Szczecińskiej Estrady, który na terenie obecnych kortów tenisowych zorganizował Festiwal Młodych Talentów. Helena zaśpiewała „Monikę”, „Tańczące Eurydyki” i znalazła się w Złotej Dziesiątce obok Czesława Niemena, Karin Stanek, Wojciecha Kordy. Klimowski mówi, że od 1962 roku kariera piosenkarska Heleny Majdaniec szybowała w górę pionowo.

Pierwszy szczyt osiągnęła w roku następnym, gdy z zespołem Niebiesko-Czarni dała dwutygodniowy cykl koncertów w słynnej paryskiej Olimpii. Śmiała się, że byli pierwszymi artystami zza „żelaznej kurtyny”, którzy wylądowali na tej scenie. Helena robiła wrażenie i urodą, i śpiewem.

Jej piosenki stają się przebojami, nuci je cała Polska. Nuci i twistuje. Kto wtedy nie znał piosenek „Rudy rydz”, „Jutro będzie dobry dzień”, „Czarny Ali-Baba” czy kultowej wręcz „Zakochani są wśród nas”.

Na scenie Helenka była żywiołowa. Po koncercie zostawiała publiczność roztańczoną i rozśpiewaną. Okrzyknięto ją Królową Polskiej Piosenki a w plebiscycie tygodnika „Dookoła Świata” znalazła się w Wielkiej Piątce Roku 1963 obok Ireny Dziedzic, Lucjana Kydryńskiego, Barbary Kraftówny.

1964. Dietrich i Paryż.

Jest styczeń. Do Polski na koncert przyjeżdża wielka gwiazda filmowa Marlena Dietrich. Przed jej recitalem w Sali Kongresowej w Pałacu Kultury w Warszawie występuje Helena Majdaniec z Niebiesko- Czarnymi, Czesławem Niemenem, Michałem Burano. Występ gwiazdy ogląda zza sceny. Po latach w jednym z wywiadów przyznaje, że wrażenie zrobiła na niej figura i kreacja wielkiej aktorki, ale nie jej śpiew.

Lata 60. upływają Helenie pod znakiem zagranicznych festiwali, programów telewizyjnych. Śpiewa w Niemczech, Szwecji, Jugosławii, na Węgrzech i w Bułgarii. Na festiwalu w Soczi zdobywa pierwsze miejsce za wykonanie piosenki w języku rosyjskim. Nagrodą jest miesięczny kontrakt w Paryżu. Będzie śpiewać w „Rasputinie”, największym wówczas słowiańskim kabarecie na świecie.

Paryż olśnił Helenę a ona olśniła paryżan. Postanowiła zostać. Mieszkała tam do połowy lat 90. cały czas z koncertami wojażując po świecie. Kilkakrotnie występowała w USA, śpiewała w Kanadzie, Szwajcarii, w Maroku, Algierii, Kuwejcie i Francji. Na Festiwalu Złotej Róży w Antibes na Lazurowym Wybrzeżu wystąpiła z Oliwią Newton- Jones, Cliffem Richardem, Demisem Roussosem.

- Odnosiła sukcesy ale pozostawała tą samą skromną, uśmiechniętą i zawsze pełną optymizmu dziewczyną – mówi Klimowski. – Zawsze każdemu chętnie pomagała. W polskim środowisku muzycznym było wiadomo, że w Paryżu na Helenkę można liczyć.

Lata 80. Supergwiazda

 Występ Heleny w „Rasputinie” oglądała Danusia Sieradzka, jej koleżanka z liceum i szkoły muzycznej. – Lokal był piękny, bogato urządzony, ona śpiewała jak anioł a publiczność szalała z zachwytu. Byłam bardzo krótko, bo krótki był mój pobyt w Paryżu.

W połowie lat 80. występ Heleny w paryskim „Carewiczu” oglądał Tomasz Raczek. Tak go opisał: „Helena Majdaniec była niekwestionowaną królową paryskich kabaretów specjalizujących się w aurze rosyjskiej… „Carewicz” należy do najbardziej snobistycznych miejsc nocnej rozrywki w Paryżu. Gości przyciąga wytworne jedzenie, rosyjski klimat i dekadencka atmosfera. Ale największym magnesem jest Helena Majdaniec występująca w roli gwiazdy wieczoru. Śpiewała rosyjskie romanse w taki sposób, że mężczyzn doprowadzała do ekstazy, rwali się na estradę, chcieli ją nosić na rękach. A gdy na zakończenie występu zaśpiewała polskie „Jadą wozy kolorowe”, publiczność szalała. Nie wiem czy Helena kiedykolwiek była w Polsce tak kochana jak w paryskim „Carewiczu”. Tu czuła się chyba najlepiej i tu jej niezwykły temperament, barwny charakter, talent estradowy i zniewalający kobiecy urok uzyskiwały najdoskonalszą oprawę”.

O Helenie...

Gabriela Jachimowicz koleżanka ze szkoły muzycznej i liceum, zna Paryż Heleny z jej listów. – Opisywała go tak barwnie, że czułam się tak, jakbym tam była. Gdy tylko była w Szczecinie wpadała do naszego domu. Bardzo lubiła moją mamę. Zawsze siadała do pianina, grała i śpiewała. Ostatni raz widziałyśmy się w sierpniu 2001 roku na 100. urodzinach mojej mamy.

Helena Majdaniec była piękną, fascynującą kobietą. Była jak rajski ptak. Żyła kolorowo. Karin Stanek zawsze powtarzała, że jest to najpiękniejsza wokalistka. Miała wielu adoratorów. Opowiadano mi o jednym z nich. Przychodził co wieczór na każdy jej paryski koncert. Podobno był na ponad pięćdziesięciu. Przysyłał kwiaty a któregoś wieczoru na scenie obsypał ją deszczem pieniędzy. Co było dalej, historia milczy. Helena nie założyła rodziny, nie miała dzieci. Ale dzieci kochała. Była najukochańszą ciocią a jednocześnie mamą chrzestną dwójki bratanków i siostrzeńca.

- Znam wielu ludzi estrady, ale nikogo kto byłby jak Helena tak ciepły, serdeczny – zauważa Klimowski. – Trudno w to uwierzyć, ale Helena nie miała wrogów. Tym swoim szczerym uśmiechem potrafiła każdego rozbroić.

2002. Nikt się tego nie spodziewał

Ponad ćwierć wieku śpiewała w paryskich kabaretach. „Carewicz” i „Gwiazdy Moskwy” już nie istnieją. Znikły. Gdy na początku lat 90. po upadku imperium, fala Rosjan pojawiła się w Paryżu, moda na Rosję przestała być ekscytująca.

Helena coraz częściej zaczęła bywać w Polsce, w Szczecinie. Wzięła udział w koncertach: Old Rock Meeting w Operze Leśnej w Sopocie, Karin Stanek Show, Niebiesko –Czarni – Adzie Rusowicz. Wystąpiła w dwóch koncertach w Szczecinie „Ten stary – młody Szczecin” i „Dinozaury szczecińskiego big-beatu”. Była dwukrotnie w jury wznowionego w Szczecinie Festiwalu Młodych Talentów. Spotykała się z przyjaciółkami ze szkoły średniej.

- Cieszyła się z tych spotkań, miała tyle pomysłów – mówi Teresa Leszczyszyn. – Razem obchodziłyśmy jej 60. urodziny i 40-lecie pracy artystycznej.

16 stycznia 2002 roku Helena pojechała do Krakowa na nagranie „Rozmów w toku”. Dwa dni później już nie żyła. Zmarła nagle w Szczecinie w rodzinnym domu. Okazało się, że od dawna chorowała, ale nikomu nic nie powiedziała. Cała Helena. Do końca nosiła pogodną twarz, kipiała energią, miała tyle planów, pomysłów…
Dla rodziny i przyjaciół jej śmierć była szokiem. Dla jej siostry Róży, to ciągle otwarta rana. Rozmowa przynosi ból. Ale Róża wierzy, że przyjdzie ten lepszy dzień. Na nagrobku siostry napisała „Jutro będzie dobry dzień”. To nie tylko tytuł jej piosenki.

Znowu dał o sobie znać talent organizacyjny Teresy Leszczyszyn. Poruszyła niebo i ziemię, a przede wszystkim władze miasta. I jest efekt. Szczeciński Teatr Letni nosi imię Heleny Majdaniec.

Więcej na temat:

Komentarze

Liczba znaków do wpisania:  4000/4000

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na pomoc@naszemiasto.pl

Wybrane dla Ciebie

Powiązane

Więcej na temat:
Więcej na temat:

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, wyłącz Adblock na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować Nie działa? Spróbuj wyłączyć Adblock samodzielnie w ustawieniach.