Trzydziestosiedmioletni muzyk z Ferguson, Missouri, należy do pokolenia jazzmanów nie przejmujących się podziałami na muzyczne gatunki, porusza się swobodnie w jazzie, hip-hopie i R’n’B. Jego grę na trąbce podziwiali widzowie „Miles Ahead”, biograficznego filmu o Milesie Davisie, ma na koncie współpracę z takimi popkulturowymi ikonami jak Beyonce i Jay-Z.

Czy młodemu artyście z dostępem do Internetu i mediów społecznościowych jest dziś łatwiej przebić się ze swoją sztuką do szerokiej publiczności niż kilkanaście lat temu?

Keyon Harrold: Myślę, że bez wątpienia łatwiej jest pracować, nagrywać i prezentować swoją pracę, natomiast znacznie ciężej jest z nią zaistnieć i przetrwać w świadomości słuchacza. Wokół taki wiele sztuki, że aż trudno nadążyć. Zarówno muzyki niezależnej, jak komercyjnej; jazzowej i popowej, klasycznej i elektronicznej. Musisz mieć coś naprawdę nowego albo naprawdę dobrego do zaoferowania, żeby przetrwać próbę czasu i nie zagubić się po drodze jako chwilowa moda. Jest znacznie więcej możliwości dla młodego twórcy, ale dziś musi się on mierzyć z innym problemem – czy jego praca będzie ledwie jak viral - internetowa muszka owocówka, o której zapomnimy, gdy pojawi się nowy klip, nowa piosenka, nowa sensacja, czy zestarzeje się jak dobre wino i nabierze wartości z biegiem czasu. Internet stwarza fantastyczne możliwości – dzięki niemu muzyk stał się kowalem własnego losu. W dużej mierze od niego zależy, jak potoczy się jego kariera.

Taka demokratyczność – każdy może stać się sławnym muzykiem, choćby tylko na chwilę - stoi w kontrze do jazzowej tradycji. Nie każdy mógł wejść na scenę i po prostu pograć z Theloniousem Monkiem czy Sonnym Rollinsem. Dopiero kiedy młody muzyk zebrał konieczne szlify mógł zagrać z prawdziwymi artystami, elitą.

Dziś każdy może coś nagrać i wydać, wrzucić do sieci i pokazać ludziom. Nie musi nawet umieć grać! Świat i tak go posłucha, co w dawnych czasach nie było takie znów łatwe, gdy młodzi zabiegali o akceptację starszyzny. Skończył się czas relacji mistrz-czeladnik. Dziś młody twórca mówi sobie raczej: OK, czuję się fajnie, podoba mi się - wrzucam numer do sieci. Ale uważam, że w tym procesie traci się na jakości. Dla mnie jazz to niekończąca się dyskusja – co to właściwie jest? Po czym poznajesz, że to jazz? Jest tak wiele definicji. Bo jeśli zgodzimy się, że free-jazz i awangarda to jazz, to jak się do tego ma Benny Goodman albo Louis Armstrong? To, jak definiujemy muzykę to sprawa marketingu, który o jednym artyście powie, że to jazzman bo ma saksofon na albumie, a o innym, że nie gra jazzu bo w jakiejś piosence pojawia się raper. Potrzeba nam lepszych, bardziej współczesnych definicji tego, czym jest ‘jazz’ i co to słowo właściwie znaczy. Bo tylko dlatego, że jakiś wokalista zaśpiewa na koncercie jazzowy standard nie znaczy przecież jeszcze, że jest muzykiem jazzowym.

Biorąc pod uwagę to, jak płynnie artyści przechodzą z jednego gatunku do innego, rozróżnianie na style wydaje się nieco nieaktualne.

Myślę o sobie nie jako o jazzmanie, rockmanie czy raperze tylko jako o muzyku, którego językiem jest jazz. Jestem najpierw istotą ludzką, dopiero w dalszej kolejności Amerykaninem. Ale nie tylko Amerykaninem, bo Afro-Amerykaninem. Nie tylko Afro-Amerykaninem, bo z St. Louis. Pojawiają się te wszystkie podziały i kategoryzacje. Ale na samym dnie, ostatecznie i przede wszystkim jestem człowiekiem. Dziś dokonuje się kolejny przewrót w jazzie. Współcześni artyści robią to, co kiedyś zrobił Miles Davis, gdy zaczął flirtować z rockiem – na podstawie nowej i starej muzyki stworzył zupełnie nowy język, nowe brzmienie. Coltrane zrobił to samo, gdy wziął popularną piosenkę „My Favorite Things” i zagrał ją po swojemu, swoim językiem. Napisał ją od nowa. To samo robił Charlie Parker. Dla mnie to właśnie jest jazz. Jeśli ktoś po prostu zaśpiewa piosenkę – za każdym razem tak samo, nawet jeśli naprawdę ładnie – to nie ma to nic wspólnego z jazzem, niechby śpiewał nawet „Giant Steps”. To bardziej muzyka klasyczna, nie jazz. Uważam improwizacje Mozarta i Beethovena za formę jazzu. Ale gdy tylko improwizacja zostaje zapisana w nutach, staje się skamieliną.

Jak podchodzi pan do roli tradycji w muzyce? W Szczecinie będzie pan grał z Wyntonem Marsalisem, znanym z konserwatywnego podejścia do tego, czym jazz jest, a czym nie jest. Uważany jest za obrońcę nowoorleańskiej tradycji.

To zabawne, bo Wynton wcale taki nie jest! Grał z Artem Blakeyem, kocha Louisa Armstronga i całą tradycję Nowego Orleanu, jasne. Ale jeśli wsłucha się w jego albumy – to zupełnie rewolucyjna sprawa, Wynton zmienił bieg muzyki. Dzięki niemu granie jazzu znów stało się fajne, atrakcyjne dla młodego gościa. Bo nie było. Jazz wydawał się niedzisiejszy i tatusiowaty. Wynton stara się dbać o tradycję, nauczać i przekonywać przeciętnego słuchacza do jazzu. Zaprasza cię do słuchania, uczestniczenia w historii jazzu, tłumaczy ci tę historię. Ale jeśli cię zainteresuje – dalej musisz szukać na własną rękę. Zna się na rzeczy, a ja wierzę w naukę historii i naukę języków. Dorastałem zasłuchany w grę takich gości jak Cat Anderson, Duke Ellington, Count Basie czy Maynard Ferguson. Potem odszukałem Clifforda Browna, Kenny’ego Dorhama i Roya Hargrove’a i Nicholasa Paytona, już na własną rękę. Usłyszałem Milesa i zagłębiłem się w jego muzyką w całej jej złożoności i nieustannych zmianach stylu.

Czy jest w ogóle coś takiego jak 'brzmienie' w jazzie? Znak rozpoznawczy, dzięki któremu wiemy, że obcujemy z jazzem, a nie np. z funkiem czy R&B?

Postrzegam jazz jako ewolucję. Dziś jesteśmy na kolejnym etapie tej wielkiej historii. Przyjęło się wzdychać do lat 40. i 50., do „złotej epoki”, ale dziś mamy tak wielu artystów, oferujących tak różnorodną muzykę – Kamasi Washington, Robert Glasper, Thundercat, Kendrick Lamar, Terrence Martin. Jazz od zawsze czerpał z innych gatunków, powstawał w zderzeniu z Be-bop powstał ze zderzenia standardu, rutyny z improwizacją, żywiołem, który nie chce się powtarzać tylko za każdym razem odkrywać w utworze coś nowego, grać go zawsze inaczej. Na Wschodnim Wybrzeżu grali ostry, rozwibrowany wielkomiejski jazz, na Zachodnim panował cool, spokojny, melancholijny, dopasowany do otoczenia – plaż, słońca, wody. Ale obie te odmiany jazzu dzieliły to samo nastawienie – pchać muzykę naprzód. Dziś śmiało wplatamy w jazz elementy hip-hopu, żeby stworzyć coś nowego. I ja też czerpię skąd się da. Żyjemy w kolejnej „złotej epoce” i cieszę się, że mam szczęście być jej częścią.

Rozmowa powstała we współpracy z Legalną Kulturą, która prowadzi jedyną w Polsce bazę legalnych źródeł, udostępniającą treści zgodnie z prawem i wolą twórców. Bazę można znaleźć na stronie www.legalnakultura.pl

MM Trendy: Keyon Harrold - wywiad



Czytaj także

Komentarze (1)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!