Rozmowa z Moniką Szwają, która pracuje nad swoją trzynastą opowieścią.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
– Masz radość z pisania?

– Mam, mam, bo to jest fajne. Jakbym nie miała z tego radości, to bym nie pisała. Nienawidzę się zmuszać do czegoś czego nie lubię.

– A z czego masz największą radość? Z tego, że wymyślasz historie, a może z tego jak widzisz swoją książkę na półce w księgarni?

– Lubię wymyślać historyjki, ale również lubię je „przelewać na papier”, jak to się kiedyś mówiło, w epoce pióra. To pewnie wynika z prostego faktu, że umiem pisać od urodzenia. I nie ma w tym żadnej mojej zasługi – to jest tak jak ze słuchem muzycznym, albo ci Bozia dała, albo nie. Sprawia mi to przyjemność, bo nie sprawia trudności. A poza tym lubię język polski, lubię się w jego obrębie poruszać, ponieważ jest to mowa niesłychanie bogata. Lubię też wymyślać historyjki, ludzi. A jako stara harcerka i pozytywistka lubię w tych swoich książkach zawsze coś przemycić.

– A co przemycasz?

– Coś co wydaje mi się wartościowe. Czasem drobiazgi. I wiesz, że to działa! Niedawno na przykład dostałam list od pani, która pierwszy raz w życiu sięgnęła po Balzaca, bo go u mnie w książce ktoś czytał i się zachwycał. Tamta pani też przeczytała i też się zachwyciła. Kilka osób już mi pisało, że poszli do opery, którą dotąd, na niewidzianego, uważali za straszne nudziarstwo. No i okazało się, że opera jest fascynująca. To jest pyszne!

– A jaki etap przy pisaniu książki najbardziej lubisz?

– Końcowy! Stawiam kropkę i to jest boskie. Bo już wtedy jestem zwyczajnie okropnie zmęczona. Pisanie to jest prosta, fizyczna praca. Siadasz przy kompie, w pozycji dla twojego kręgosłupa szyjnego bardzo niekorzystnej i te rączki ci latają. Ten nadgarstek ci się psuje od klikania. Oczka też ci się psują. Najgorszy jest kręgosłup. I ja mam do tego jeszcze taki głupi sposób pracy – dotyczy to nie tylko pisania książek, ale pracy w ogóle – że jak coś zaczynam, to muszę to skończyć. Nie potrafię sobie zrobić na przykład przerwy tygodniowej (chyba że mi wena klęśnie, ale tego nie lubię!). Generalnie lubię usiąść i... wstać. A to trwa czasami ze trzy, cztery miesiące. Dzień w dzień, a im bliżej terminu, to coraz więcej czasu spędzam przy komputerze. Przy książce „Dziewice do boju” tak się urządziłam, że gdy chciałam podnieść prawą rękę, to musiałam ją podnosić lewą. Dlatego, kiedy stawiam kropkę, to mam – poza wszystkim innym – prostą, fizyczną radość, że skończyłam i teraz mogę dowolnie zmieniać pozycję milion razy na dzień.

– Twoje historie zawsze się dobrze kończą. Tak ma być?

– Tak sobie założyłam, że będą się dobrze kończyć. Czytelnicy lubią mieć happy end. W przyrodzie jest mnóstwo sytuacji, które się dobrze kończą. Niestety, polska literatura nurtów ambitnych pochyla się dziś głównie nad zastraszającą mizerią ludzkiego bytu. Albo nad jego, życia, bezsensem. A ja nie chcę się już pochylać nad gnojem, bo się już wystarczająco w życiu nad nim napochylałam. Przecież wiele lat pracowałam jako reporterka w telewizji. Pokazywałam wszystko: śmierć, ubóstwo, nienawiść, beznadzieję. Postanowiłam więc teraz zwrócić czytelnikom uwagę na to, że świat ma również dobre strony. Że żyją na świecie piękni ludzie i jest ich bardzo wielu.

– W książkach jesteś taką wielką optymistką, patrzysz bardzo przyjaźnie na świat.

– To już moja cecha osobnicza. Strzelec jestem. Jak się na świat patrzy przyjaźnie, to świat patrzy podobnie. A poza tym lubię się śmiać. Ludzie też lubią. Wiesz, przeczytałam w biografii kapitana Karola Olgierda Borchardta (autora „Znaczy kapitana") coś, co mnie niesłychanie ujęło. On pisał te swoje opowiadania przecież na bardzo poważne tematy (o początkach przedwojennej gospodarki morskiej), ale pisał niesłychanie lekko. Uważał, że dając ludziom swoje książki do czytania, zabiera im coś niezwykle cennego – ich czas. Więc musi dać coś w zamian. I postanowił, że to będzie uśmiech. Pokazywał swoje opowiadania różnym ludziom – przed wydaniem – i prosił, żeby przeczytali i zanotowali: ile razy się uśmiechnęli.

– Ty też masz takie postanowienie?

– Żeby ludzie się śmiali? Tak. I sama to wymyśliłam, zanim przeczytałam to o Borchardcie. Co prawda ja nie myślałam o tym, że komuś coś zabieram, tylko po prostu chciałam im coś dać.

– A postacie w twoich książkach są wymyślone, czy opisywane?

– W większości to składaki. Częściowo prawdziwi, częściowo wymyśleni. Poskładani z różnych moich znajomych i nieznajomych. W jednych jest więcej prawdy, w innych mniej. Jak w rzeczywistości, charaktery mają różne, kilku łobuzów też się znajdzie.

– A jak pracowałaś w telewizji, to wtedy też ludzie byli tacy dla ciebie fascynujący?

– Oczywiście. Bardzo lubiłam robić reportaże o takich ludziach, którzy radzą sobie z rzeczywistością. W telewizji ostatnio jest głównie zapotrzebowanie aby opowiadać o biedzie, nędzy. Ja też robiłam takie programy, aż ta beznadziejna masa nieszczęścia zaczęła mi nosem i uszami wychodzić. Zaproponowałam więc, że będę robić reportaże o pozytywnym wydźwięku. O sensownych ludziach. Dla utrzymania jakiejś podstawowej równowagi. Ówczesny naczelny, Krzysztof Matlak zgodził się i nawet rzucił tytuł cyklu: „Kino dobrych wiadomości”. To był bardzo przyjemny cykl i miło się go robiło, a ludzie chętnie oglądali.

– A dlaczego zajęłaś się wydawaniem książek?


– Z chęci zysku oczywiście.

– I ciebie też to pasjonuje?

– To jest pasjonujące! Ale ja w naszej firmie jestem w zasadzie wisienką na torcie, a prawdziwym wydawcą jest mój wspólnik Mariusz Krzyżanowski. Kiedyś, kiedy pisałam jeszcze dla Prószyńskiego, Mariusz woził mnie na trasy promocyjne. Najpierw dogadaliśmy się wspólnej miłości do latania, a po jakimś czasie okazało się, że w ogóle nieźle się zgadzamy. Zapytałam go kiedyś od niechcenia – w Beskidach to było i właśnie podziwialiśmy widoki – czy by nie chciał założyć ze mną firmy. Odparł, też od niechcenia, że owszem, czemu nie. I już byliśmy umówieni. Początkowo był z nami Sławek Brudny, ale przeszedł do zarządu Pascala i teraz działamy we dwoje z Mariuszem. Co do Prószyńskiego, to uznałam, że siedem książek, jakie ode mnie dostał, równoważą mój dług wdzięczności za wypromowanie.

– Jakie jest to twoje wydawnictwo?

– Malutkie. My nie mamy jakichś niesłychanie wielkich ambicji. Nie chcemy z naszego SOLa zrobić największej oficyny w Polsce. Zarabiać nie wiadomo jakich pieniędzy. My chcemy mieć na życie i na swoje samolociki. Mariusz, mój wspólnik, lubi latać i skakać ze spadochronem. Ja lubię słuchać muzyki poważnej w Filharmonii Narodowej. Więc potrzebuje pieniędzy na samolot do Warszawy i bilet do filharmonii.

– Jakie książki wydajecie?

– Wydajemy beletrystykę polską. W zeszłym roku nam się niespodziewanie wydawnictwo rozwinęło. Nasza starsza koleżanka w branży wydawniczej poprosiła nas o przejęcie części jej książek i autorów, bo okazało się, że jest ciężko chora. Jako osoba niezwykle akuratna nie chciała odejść, nie popłaciwszy przedtem należności. Wiesz, drukarnie, dystrybutorzy, te rzeczy. Spełniliśmy jej prośbę i tak powstała seria powieści kobiecych „Dla Eli”. Ela zdążyła jeszcze zobaczyć logo ze swoim imieniem. No. I to jest jedna nasza seria, druga nazywa się „Monika Szwaja poleca” – i to są książki zabawne. Polecam śmiech jako lekarstwo na życie! Kolejna seria to książki moje, osobiste. No i ostatnia seria, którą nazwaliśmy „Autorską” i która jest moim oczkiem w głowie. Bardzo bym chciała, żeby się dobrze sprzedawała, bo jest tam kilka książek naprawdę znakomitych. Jakimś przypadkiem napisali je sami panowie. Te powieści nie są kobiece i nie są śmieszne.

– A jakie?

– Poważne. Czasami bardzo poważne, zmuszające do myślenia. Inteligentne, Doskonale napisane.

– A dużo dostajesz propozycji od autorów wydania książek?

– Dużo. Niestety, bardzo nie- wielki procent z tego, co dostajemy, ma szansę na rynku wydawniczym. Mamy teraz takie zjawisko: ludzie często opisują swoje życie i uważają, że stworzyli powieść, ale nie zastanawiają się nad tym, że ich życie jest ciekawe właściwie tylko dla nich samych, no może jeszcze dla męża, brata czy siostry. Obcego czytelnika to nie interesuje, on ma swoje, także interesujące życie.

– To co to jest książka?

– Książka to jest warsztat. Ludzie myślą, że napisać książkę jest łatwo, że wystarczy powiązać zdanie ze zdaniem. Otóż nieprawda. Pisanie książek to jest zawód. A książka musi jakoś zachęcić czytelnika, żeby chciał ją przeczytać. Co jest ciekawego w opisie dwóch lat z życia pani, która pojechała na saksy do Szkocji? Nawet jeśli się tam zdrowo namęczyła. Zainteresuje to rodzinę i przyjaciół – i to pod warunkiem, że ci przyjaciele są bohaterami opowieści. Po co najczęściej sięgamy po powieść? Aby się rozerwać, aby coś z tego mieć. No i żeby nie bolało przy czytaniu (tu mam na myśli ból wynikający z mozolnego przedzierania się przez nieporadną warsztatowo opowieść). Podsumowując: pisarz powinien umieć nie tylko napisać „po porządku”, co i jak, ale i skonstruować powieść, przeplatając wątki, dawkując napięcie, dając rozrywkę. Musi umieć pisać dialogi, powinien mieć barwny, nieszkolny język, jakiś „charakter pisma”, jakąś indywidualność. Pisząc książkę, wytwarzamy pewien towar – no bo przecież chcemy ją sprzedać, a nie rozdać. Jeśli tworzymy towar, musimy to robić zawodowo. Tego wymaga od nas szacunek dla odbiorcy. Innymi słowy: jeśli chcemy uprawiać jakąkolwiek profesję – upewnijmy się najpierw, że potrafimy to robić.

ROZMAWIAŁA BOGNA SKARUL

Wiadomości Szczecin, Wydarzenia Szczecin

Komentarze (1)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Kasia (gość)

Uwielbiam!. Najbardziej podoba mi sie w ksiazkach Pani Moniki watek "szczecinski" - wspaniale sie czyta o bohaterach ktorzy mieszkaja gdzies obok nas ;) no i kocham sie w Grzesiu Wronskim, szkoda ze to postac fikcyjna ;) Ksiazki Pani Moniki sa pelne ciepla, humoru, czasem bawia a czasem wzruszaja... Idealna literatura kobieca